cytaty - klp.pl
Streszczenia i opracowania lektur szkolnych klp klp.pl Lektury Analizy i interpretacje Motywy literackie Epoki
  • Jeżeli rzeczywiście gotowi jesteście posłuchać tej historii, to pewnie najpierw chcielibyście się dowiedzieć, gdzie się urodziłem, jak spędziłem zasmarkane dzieciństwo, czym się zajmowali moi rodzice, co porabiali, zanim przyszedłem na świat, no i wszystkie tym podobne bzdury w guście „Dawida Copperfielda”, ale ja wcale nie mam ochoty wdawać się w takie gadki, od razu wolę was szczerze uprzedzić. Po pierwsze nudzą mnie te kawałki, a po drugie moich staruszków krew by chyba zalała tam i z powrotem, gdybym coś napisał o ich sprawach osobistych. Okropnie są drażliwi na tym punkcie, zwłaszcza ojciec. Bardzo mili, złego słowa o nich nie powiem, ale drażliwi jak diabli. Zresztą nie zamierzam pisać całej historii swojego życia, nic w tym rodzaju. Chcę tylko opowiedzieć wariacką przygodę, która mi się zdarzyła około Bożego Narodzenia ostatniej zimy, zanim się tak wykończyłem, że musiałem tu przyjechać na odpoczynek. Powtórzę to, co opowiedziałem D.B., a D.B. – to, rozumie się, mój brat.

  • Niczego na świecie tak nie nienawidzę, jak kina. Słyszeć o nim nie chcę.

  • Lubię od czasu do czasu wybrać się gdzieś, gdzie można popatrzeć na dziewczęta, nawet jeżeli drapią się albo nosy wycierają albo zwyczajnie śmieją się czy gadają między sobą.

  • W „Pencey” roi się od złodziei. Chłopcy przeważnie pochodzą z bogatych rodzin, a mimo to wciąż trafiają się kradzieże. Im droższa szkoła, tym więcej złodziei, słowo daję!

  • Naprawdę zatrzymałem się tam dlatego, że chciałem poczuć, że się żegnam z „Pencey”. Bo już nieraz wyjeżdżałem ze szkół i różnych miejscowości, a wcale nie czułem, że się z nimi rozstaję. Nie cierpię tego. Wszystko mi jedno, niech pożegnanie będzie smutne albo nieprzyjazne, ale niech wiem, że się żegnam. Bez tego człowiekowi jakoś głupio.

  • Chciałem tylko wyrazić, że bardzo dużo myślałem o starym Spencerze, a jeśli człowiek myślał o nim za dużo – zaczynał się dziwić, po co on, u licha, jeszcze żyje. Był strasznie zgarbiony i ledwie się w skórze trzymał, a w klasie, jeżeli mu przy tablicy upadła kreda, któryś chłopak z pierwszego rzędu musiał się zrywać, podnosić i podawać mu ją do ręki. Mnie się to wydawało okropne. Ale jeżeli człowiek myślał o tym tyle, ile trzeba, nie za dużo, wtedy jakoś się rozumiało, że staremu Spencerowi nie jest źle na świecie.

  • W ogóle nie przepadam za chorymi. A tutaj przygnębił mnie tym bardziej strój Spencera, bo staruszek miał na sobie okropnie smutny, zniszczony płaszcz kąpielowy, chyba jeszcze sprzed potopu. W ogóle nie lubię widoku starych ludzi w szlafrokach albo w pidżamach. Zawsze widzi się te ich zapadnięte piersi. No, a nogi! Na plaży czy w innych tym podobnych miejscach nogi starych wydają się okropnie białe i łyse.

  • Często mówię „cholera”. Może dlatego, że w ogóle mam niewyparzoną gębę, a może dlatego, że czasami zachowuję się dziecinnie jak na swój wiek. Wtedy miałem szesnaście lat – teraz mam siedemnaście – a czasem zachowuję się, jakbym miał trzynaście.

  • Ludziom zawsze się zdaje, że wiedzą całą prawdę.

  • Szanowni. Nienawidzę tego słowa. Taka lipa. Rzygać mi się chce, ja je słyszę.

  • Widziałem, było mu naprawdę okropnie głupio, że mnie oblał. Zacząłem więc pleść, co ślina przyniesie na język, byle go pocieszyć. Mówiłem, że jestem kretyn i tak dalej, że na jego miejscu postąpiłbym tak samo jak on i że większość ludzi wcale nie zdaje sobie sprawy, jak trudna jest rola nauczycieli. Bzdury w tym guście. Stare, oklepane frazesy.

  • Większego łgarza ode mnie w życiu nie spotkaliście. Nie ma na to rady. Nawet kiedy idę do kiosku kupić tygodnik ilustrowany, a ktoś mnie pyta, dokąd się wybieram – odpowiadam jak z nut, że idę do opery. Okropny nałóg.

  • Miałem trzynaście lat, kiedy rodzice postanowili mnie zaprowadzić do psychoanalityka na badania, ponieważ wytłukłem wszystkie szyby w garażu. Rodzicom nie mam tego za złe. Szczerze – nie mam żalu. Po śmierci Alika całą noc spędziłem w garażu i waliłem pięścią w szyby, po prostu z wściekłości. Chciałem jeszcze potłuc okna w dużym samochodzie, który wtedy mieliśmy, ale rękę już miałem rozharataną okropnie i nic nie mogłem więcej zrobić.

  • Jeżeli się czymś naprawdę gryzę, odechciewa mi się żartów. Często w takich razach robi mi się tak niedobrze, że powinienem bym iść co prędzej do toalety. Ale nie idę. Tak jestem zgnębiony, że nie chcę się ruszyć z miejsca. Nie chcę żadnym poruszeniem przerywać zgryzoty.

  • Właściwie tylko dwa razy w życiu biłem się i oba razy przegrałem. Nie jestem chojrak. Jeśli chcecie wiedzieć prawdę – to raczej jestem chłopak spokojny.

  • W jednej chwili, bez namysłu, postanowiłem zrobić coś zupełnie innego: zwiać z „Pencey” i to zaraz, nie zwlekając nawet do rana. Nie chciałem czekać środy i wyznaczonego terminu. Nie chciałem ani godziny dłużej tłuc się tutaj nie wiadomo po co. Było mi smutno i czułem się zanadto już samotny.

  • Kiedy już byłem gotów do drogi, z walizami i całym kramem zatrzymałem się na chwilę w pobliżu schodów i po raz ostatni popatrzyłem na ten korytarz. Prawie że płakałem. Nie wiem, dlaczego. Włożyłem czerwoną dżokejkę, tak jak lubiłem – daszkiem do tyłu – i wrzasnąłem, ile sił w płucach: „Dobranoc, kretyny!”.

  • Szczerze mówiąc, ja jeden nie udałem się w rodzinie. Starszy mój brat – D.B. – jest pisarzem i w ogóle błyszczy; Alik, ten, który umarł, jak wam już wspomniałem – był nadzwyczajny. Tylko ja się nie udałem.

  • O tym wszystkim myślałem siedząc w hotelowym hallu, w tym sraczkowatym fotelu. Myślałem o małej Jane. Ale ilekroć w myślach dochodziłem do momentu, gdy ją sobie wyobrażałem w tym przeklętym samochodzie Eda Banky obok Stradlatera – krew mnie po prostu zalewała. Jeżeli chcecie wiedzieć prawdę, nie cierpię nawet o tym mówić.

  • Kiedy już leżałem w łóżku, miałem ochotę pomodlić się czy coś w tym rodzaju, ale nie mogłem. Nie zawsze mogę się modlić, nawet jeśli mam ochotę. Po pierwsze jestem na swój sposób ateuszem. Chrystusa uznaję, ale nie bardzo mi się podobają różne historie w Biblii. Na przykład apostołowie. Jeśli mam być szczery, cholernie mnie irytują. Po śmierci Jezusa zachowywali się jak należy, w porządku, ale za jego życia tyle mu pomogli, co piąte koło u wozu.

  • „Jeśli ktoś napotka kogoś, kto buszuje w zbożu” […] To wiersz Roberta Burnsa.

  • W każdym razie wyobraziłem sobie gromadę małych dzieci, które bawią się w jakąś grę na ogromnym polu żyta. Tysiące malców, a nie ma przy nich nikogo starszego, nikogo dorosłego… prócz mnie, oczywiście. A ja stoję na krawędzi jakiegoś straszliwego urwiska. Mam swoje zadanie: muszę schwytać każdego, kto się znajdzie w niebezpieczeństwie, tuż nad przepaścią. Bo dzieci rozhasały się, pędzą i nie patrzą, co tam jest przed nimi, więc ja muszę w porę doskoczyć i pochwycić każdego, kto by mógł spaść z urwiska. Cały dzień, od rana do wieczora, stoję tak na straży. Jestem właśnie strażnik w zbożu. Wiem, że to wariacki pomysł, ale tylko tym naprawdę chciałbym być. Wiem, że to wariacki pomysł.

  • Nagle rozpłakałem się, nie mogłem powstrzymać łez. Płakałem cichutko, żeby nikt nie słyszał, ale płakałem. Phoebe przestraszyła się okropnie, kiedy zauważyła, że płaczę, przycisnęła się do mnie i usiłowała mnie pocieszyć, ale jak się człowiek rozpłacze, niełatwo tak ni z tego, ni z owego przestać. Siedziałem wciąż jeszcze na brzegu łóżka, kiedy mnie to chwyciło, i Phoebe objęła mnie ramieniem za szyję, a ja nawzajem ją objąłem, ale długo nie mogłem się uspokoić. Miałem wrażenie, że się na śmierć uduszę łzami.

  • Może stanie się tak, że mając lat trzydzieści będziesz siedział gdzieś przy barze i z nienawiścią patrzał na każdego wchodzącego gościa, który sądząc z wyglądu, grywał w college’u w piłkę nożną. A może zdobędziesz tyle wykształcenia, żeby znienawidzić ludzi wyrażających się niegramatycznie. A może skończysz w jakimś biurze, gdzie będziesz rzucał spinaczami w najbliższą stenotypistkę.

  • Upadek, do którego, jak mi się wydaje, zmierzasz, jest bardzo niezwykły i okropny. Człowiek, który w tę przepaść się stacza, nigdy nie odczuje i nie dowie się, że już sięgnął dna. Wciąż tylko spada, spada coraz niżej. Jest to los zgotowany człowiekowi, który w tym czy innym momencie swojego życia szukał czegoś, czego mu jego własne środowisko dać nie mogło – albo przynajmniej tak mu się zdawało – i który wobec tego zaniechał poszukiwań. Zrezygnował, nim jeszcze rozpoczął prawdziwe poszukiwania.


  • strona:   - 1 -  - 2 - 

    Polecasz ten artykuł?TAK NIEUdostępnij


      Dowiedz się więcej
    1  „Buszujący w zbożu” - streszczenie szczegółowe
    2  Recenzja „Buszującego w zbożu”
    3  Jerome David Salinger – biografia



    Komentarze: cytaty

    Dodaj komentarz (komentarz może pojawić się w serwisie z opóźnieniem)
    Imię:
    Komentarz:
     





    Streszczenia książek
    Tagi: